BORIS JOHNSON: Czy to ostatni premier Wielkiej Brytanii? #FELIETON

  • 24.07.2019, 06:15
  • Wiktor Moszczyński - felieton ukazał się również w londyńskim Tygodniu Polskim 

Podziel się:

Oceń:

Wtorkowy wybór Borisa Johnsona na nowego premiera wprowadza Zjednoczone Królestwo na najbardziej burzliwą i niebezpieczną falę przygody narodowej, która nazywa się brexit.

Według byłego premiera Gordona Browna projekt wyjścia [UK z UE] nowego premiera mógłby zakończyć się całkowitym rozbiciem Zjednoczonego Królestwa.

Nicola Sturgeon [premier] w Szkocji zaciera ręce z radości na myśl, że premierostwo Johnsona wzmocni bezpowrotnie poparcie Szkotów dla oderwania się od Wielkiej Brytanii.

Nie zważając na to, elitarny elektorat 160 tys. członków partii konserwatywnej, wybrał faworyta Borisa Johnsona przytłaczającą większością.

Przeciwnik, minister spraw zagranicznych, Jeremy Hunt, stawiał się Johnsonowi tak ostro jak mógł, starając się przebić przez gumowe uzbrojenie kłamstw i niedomówień charyzmatycznego wychowanka szkoły w Eton - jednak bezskutecznie.

Hunt nie posiadał wystarczającej ilości jadu w swojej zbrojowni, a poza tym sam wpadł w sidła uznania jako realną opcję wyjścia bez umowy.

Dla normalnych Brytyjczyków, pozbawionych złudzeń o mitycznej bezgranicznej suwerenności państwa brytyjskiego, ten nacjonalistyczny ferwor obozu skrajnych brexitowców, którzy forsowali kandydaturę Johnsona, wydaje się zupełnie obcy.

Ale tu głosu nie mieli.

>> Z sondaży publicznych znamy poglądy tego wybrednego elektoratu Torysów

Dla przykładu.

Aby osiągnąć pełny nieskazitelny brexit bez żadnej wiążącej umowy 63 proc. Torysów byłoby gotowych poświęcić Szkocję, 59 proc. poświęcić Północną Irlandię, 61 proc. przyjęłoby znaczne straty gospodarcze, a 54 proc. byłoby nawet gotowych poświęcić przyszłość własnej partii.

Właściwie wielu z nich już poprzednio poświęciło własną partię bo w wyborach do parlamentu głosowali na Partię Brexitu.

46 proc. członków partii konserwatywnej byłoby gotowych głosować na Nigel Faragea, jako swojego przywódcy, mimo że był liderem rywalizującej partii.

Jedynie obawa przed zwycięstwem wyborczym Jeremyego Corbyna, mogłoby ich powstrzymać od poparcia natychmiastowego wyjścia z Unii bez umowy.

Ale 52 proc. Torysów jest przekonanych, że skuteczne przeprowadzenie brexitu w jakiejkolwiek formie zabezpieczy konserwatystom druzgocące zwycięstwo w następnych wyborach powszechnych.

Przy tak zacietrzewionym elektoracie Johnson wiedział, że musi odziać się w najbardziej jaskrawe barwy narodowe aby odbić ich od głosowania w przyszłości dla partii Faragea.

Przy tym wyścigu wyprzedził innych rywali konserwatywnych.

Będąc z dawna oczywistym zwycięzcą nakłaniał innych umiarkowanych konserwatystów do pójścia choć częściowo jego śladem przyjmując, że wyjście z Unii pozostaje ostateczną opcją dla rządu brytyjskiego, w wypadku nieudanych ponownych negocjacji.

Bo ktokolwiek z umiarkowanych konserwatystów zechce znaleźć miejsce w nowym gabinecie Johnsona, zaludnionym już kandydatami o radykalniejszych poglądach, będzie zmuszony połknąć żabę i oświadczyć, że też gotowy jest aby, przy nieudanych negocjacjach, wyjść w terminie 31 października bez żadnej umowy (“na życie i śmierć” według słów Johnsona).

Johnson nie negował nawet propozycji zawieszenia parlamentu aby to osiągnąć.

>> Ludzie rozsądni wiedzą, że dalszych negocjacji z Unią nie będzie

W ostatni czwartek parlament, na wniosek posła labourzystowskiego Hilarego Benna i konserwatysty Alistair Burt, zagłosował z dużą większością za wprowadzeniem stałego funkcjonowania parlamentu aby co dwa tygodnie monitorować rozmowy nad przyszłością dwupartyjnej administracji Północnej Irlandii.

Ten chytry wniosek uniemożliwiłby Johnsonowi plan zawieszenia parlamentu by zarządzić brexit dekretem rządowym.

Ludzie rozsądni wierzą też, że wyjście bez umowy będzie katastrofą dla konstytucji i jedności Zjednoczonego Królestwa, ale również dla rolnictwa, dla przemysłu, dla służby zdrowia, dla działu opieki społecznej, dla współpracy naukowej, dla bezpieczeństwa państwa.

Spora część obecnych zwolenników Johnsona też wiedziało o tym kiedyś, nim dla własnych ambicji politycznych założyli brexitowe klapki na oczy.

Wiedział to sam Johnson, który zapewniał jeszcze w czasie referendum, że nie ma mowy aby nie doszło do zgodnej umowy z Unią przed wyjściem.

>> Poza tym Johnson nie jest głupi

Dalej to wie. Ale aby uzyskać poparcie fanatyków musiał wyć jeszcze głośnej i dobitniej niż oni, licząc na to że “jakoś to będzie”.

I znalazł się w tej chwili w podobnej opancerzonej klatce, w której kiedyś znalazła się Theresa May, kiedy uważała że przeprowadzi wynegocjowany brexit w oparciu o fanatyczne skrzydło swojej partii.

Johnson jest na pewno bardziej elastyczny niż May.

Jest również bardziej bezwzględny i oportunistyczny. Mimo wesołej zewnętrznej sylwetki chaotycznego dowcipasa jest ambitnym, wybuchowym i nawet mściwym oportunistą.

Ale nie jest też skrajnie prawicowym fanatykiem, który nienawidzi Europy.

Zawsze należał do bardziej liberalnego skrzydła partii, popierającego parady gejów, ostre przepisy ekologiczne, multikulturalizm.

Umiał przekonywać nawet londyński elektorat Partii Pracy aby głosować na niego jako mera Londynu, i to dwukrotnie.

Często wyrażał się bardzo pozytywnie o imigrantach. Polaków też hołubił i przyrzekał nam parokrotnie że brexit nie będzie miał żadnego ujemnego efektu na status Polaków w tym kraju.

>> “Wszyscy możecie pozostać. Kocham Was”

Wołał na spotkaniu polsko-brytyjskiej konferencji belwederskiej kiedy był ministrem spraw zagranicznych.

Właściwie ze swoim pochodzeniem brytyjsko-francusko-niemiecko-żydowsko-rosyjsko-tureckim zawsze uważał siebie za Europejczyka tyle, że krytycznie nastawionego do pyszałkowatej postawy Komisji Europejskiej i nadmiaru unijnych przepisów handlowych.

Znalazł się w obozie anty-unijnym prawie przez przypadek.

Jego ambicje polityczne pchały go do popierania bardziej zwartego obozu za wyjściem z Unii, bo w ten sposób mógłby w przyszłości stawić czoło skutecznie swojemu rywalowi premierowi Cameronowi.

W międzyczasie liczył na to, że i tak referendum przegra ale szumu narobi. I tu się pomylił.

Referendum wygrał. Cameron odszedł. Po nieudanej pierwszej próbie walki o władzę podał się do dyspozycji nowemu premierowi - Theresie May jako minister spraw zagranicznych.

Był leniwym bałaganiarzem na tym stanowisku parokrotnie popełniając ciężkie gafy ale był już zidentyfikowany przez kolegów partyjnych jako niezbity orędownik obozu brexitowskiego, szczególnie kiedy w odpowiednim momencie zrezygnował z urzędu.

Jest teraz jednocześnie charyzmatycznym przywódcą zagorzałych zwolenników Brexitu, ale również ich więźniem.

Brnie naprzód mimo że wszystkie kanały działania dopuszczające do wyjścia w terminie 31 października są zablokowane.

>> Drogę blokują mu negocjatorzy unijni, którzy nie otworzą dla niego nowych renegocjacji

Blokuje też opozycja w parlamencie mimo, że wciąż podzielona ale zjednoczona w powstrzymaniu jego programu wyjścia przy pomocy przeszło 30 rebeliantów konserwatywnych z byłym ministrem finansów Philip Hammondem na czele.

Nie może odłożyć terminu wyjścia bo datę 31 października powtarzał bezustannie jak mantrę w czasie swojej kampanii wyborczej.

Nie może zwołać nowych wyborów bo wie że bez poprzedniego załatwienia wyjścia z Unii przegra.

A wówczas zwycięzcą mógłby zostać skompromitowany ale rwący do władzy Jeremy Corbyn.

„Konserwa” nie przebaczy mu takiej przegranej.

>> Johnson nie jest politykiem samobójczym jak wielu jego zwolenników

Nie chce kryzysu gospodarczego. Nie chce odejścia Szkocji czy wojny w Północnej Irlandii.

Ale nawet przy jego elastyczności trudno jest przewidzieć, w którym momencie będzie musiał wycofać się z wyjścia, bez utraty poparcia właśnie tych najbardziej zagorzałych swoich zwolenników, którymi obsadził kluczowe funkcje w jego nowym gabinecie.

Będzie się dwoił i troił, kamuflując swoją ewentualną zmianę postawy pod pozorem konieczności podejmowania dramatycznych decyzji narzuconych mu przez obecny kryzys irański, czy przez nieprzewidziane komplikacje ze zbawienną dla niego umową handlową z Trumpem.

Jak ten nowoczesny niesłowny polityczny Houdini wywiąże się z tego impasu?

Będzie musiał swoich zwolenników w końcu zdradzić ale zrobić to subtelnie, zrzucając winę na innych.

>> Aby uniknąć katastrofy widzę dwa warianty

Oba warianty niestety pachną grubym cynizmem i doprowadzą do jeszcze dalszego upadku zaufania społecznego dla brytyjskich klas politycznych.

Będą też dalszym powodem do pogorszenia rosnącej groźby recesji w tym kraju.

>> Pierwszy wariant

Może dobrowolnie dopuści do “wpadnięcia w zasadzkę” w parlamencie, która da posłom możność narzucenia jemu opcji nowego referendum jako alternatywy dla jego wyjścia bez umowy.

Brexitowcom będzie się tłumaczyć, że to nie jego wina, ale to automatycznie odłoży datę opuszczenia Unii.

>> Drugi wariant

Sprowokuje parlament do wotum nieufności, po czym ewentualnie nastąpią wybory parlamentarne z nie wiadomo jakim wynikiem.

Bardzo ryzykowne ale znów może powiedzieć że to nie jego wina.

Innego wyjścia nie widzę.

“Tertium non datur”* - jak powiedziałby zapalony łacinnik Boris Johnson.

 

----

*) z łac. „trzeciego nie dano” - w znaczeniu, że nie ma trzeciej możliwości – przyp. red.

Wiktor Moszczyński - felieton ukazał się również w londyńskim Tygodniu Polskim 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu WielkaBrytaniaOnline.co.uk , który jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe