Krajobraz po Bitwie. O amerykańskich wyborach prezydenckich pisze Wiktor Moszczyński #FELIETON

  • 19.11.2020, 11:25
  • Wiktor Moszczyński - felieton ukazał się również w londyńskim Tygodniu Polskim 

Podziel się:

Oceń:

Krajobraz po Bitwie. O amerykańskich wyborach prezydenckich pisze Wiktor Moszczyński #FELIETON Photo credit: Gage Skidmore on Visual hunt / CC BY-SA Krajobraz po Bitwie. O amerykańskich wyborach prezydenckich pisze Wiktor Moszczyński #FELIETON
W środę wieczorem 4 listopada zamarłem z przerażenia. Mimo poprzednich sondaży Floryda zagłosowała za Trumpem.

Trump prowadzi w wynikach głosowania w Pensylwanii, a nawet w Wisconsin, gdzie sondaże zapewniały że Trump ma przegrać.

Czułem się tak fatalnie jak kiedyś na wieść o stanie wojennym, czy po usłyszeniu wyniku brytyjskiego referendum o brexicie.

Czekałem z napięciem już na ten „Dzień Wyzwolenia” który zapowiadałem w poprzednich felietonach i zapowiadały wszystkie czołowe sondaże amerykańskie.

Miało być druzgocące zwycięstwo Demokratów i Joe Bidena. Przecież drugi raz nie pomylą się jak cztery lata temu. Miałem nadzieję na pełne przebudzenie Ameryki z koszmaru ostatnich czterech lat kiedy grubiański „Potus” (amer. potocznie: President Of The United States) deptał po demokratycznych ideałach elit naukowych i mniejszości narodowych i podważał światowy układ amerykańskich sojuszy.

Rozum ostrzegał mnie że te sondaże mogą się mylić i że mimo wielkiej przewagi Demokratów na zachodnim i północno-wschodnim wybrzeżu Ameryki, wielkie połacie Ameryki w wiejskich stanach zachodnio-centralnych i południowych, nie obdarzyły zaufaniem miejskich elit, i utożsamiały się z populistycznymi hasłami Trumpa.

Wiedziałem że często sondaże mają trudności dostępu do tych wyborców i że zawsze pewien procent głosów anty instytucjonalnych umknie uwadze ankieterom.

Pamiętałem też wiadomość z przed dwóch tygodni że Republikanie masowo rejestrowali się z dwa razy większą częstotliwością niż Demokraci w Pensylwanii i Arizonie.

Ale tego pierwszego wieczoru po wyborach zaskoczyło mnie że sondaże myliły się aż do tego stopnia.

 

Przy tej paraliżującej niepewności Donald Trump ogłosił się zwycięzcą i nawoływał aby komisje jeszcze liczące głosy zaprzestały dalsze liczenia.

Ogłaszał że wszystkie głosy załatwiane korespondencyjne są podejrzane, a więc a priori sfałszowane.

Tablice stanów z zaliczonymi głosami wskazywały wówczas 214 punktów dla Trumpa a 243 dla Bidena, ale do magicznej cyfry 270, wskazującej zwycięstwo jednej czy drugiej strony, było jeszcze zbyt daleko.

Temperatura wypowiedzi obydwu stron rosła przy tej niepewności a zwolennicy obydwu stron gotowi byli uwierzyć w cokolwiek sprzyjające im media, podcasty czy portale społeczne podpowiedzą.

Wszelkie opinie wygłaszane na ulicy czy w prywatnych stronach internetowych w tym okresie powyborczym tworzyły mglistą zasłonę w którym słychać było tylko odgłosy przedwyborczych starć.

Administracje na szczeblu stanów odpowiedzialne były za liczenie głosów w każdym okręgu wyborczym i nie słuchały nawoływań szalejącego prezydenta nawet jeżeli były to stany republikańskie.

 

Lecz naciski na nich były ogromne.

Najbardziej zagorzały zwolennik prezydenta, Rudy Giuliani, wręcz z wściekłą pianą na ustach, przypominał, że w Pensylwanii zostało już tylko 15 proc. niepoliczonych głosów a wyniki policzonych głosów wykazywały wciąż większość dla Trumpa.

Domagał się natychmiastowego przerwania w liczeniu.

Zresztą w Pensylwanii zarządzono już wcześniej że komisje wyborcze przyjmą nawet spóźnione listowne głosy o ile znaczki będą ostemplowane datą z przed 3 listopada, ale to już samo w sobie było nie do przyjęcia dla Giuliani który nanosił już poprzednio skargę w tej sprawie do Sądu Najwyższego.

Sąd już dwukrotnie tę skargę odrzucił ale nie było wykluczone że po trzecim złożeniu wniosku sąd, wzbogacony dostępem jeszcze jednego nowowybranego (przez Trumpa) sędziego, mógłby ewentualnie zmienić decyzję i wszelkie głosy wysłane pocztą w tym stanie mogłyby być unieważnione.

Republikanie chełpili się bajeczką, że wszystkie karty do głosowania w Pensylwanii uzyskały specjalny znak wodny, tak że przy ponownym sprawdzeniu wszystkich głosów okazałoby się ile będzie fałszywych głosów podłożonych przez Demokratów. Była to już paranoja a nie polityka.

 

Joe Biden zwołał publiczne zebranie swoich zwolenników aby spokojnie oświadczyć że każdy głos ma być liczony, nawet jeżeli ma to potrwać jeszcze tydzień.

Przed budynkami zajętymi dalszym liczeniem głosów zjawiały się zorganizowane już grupy demonstrantów z transparentami.

Jedni wołali o zaprzestania głosowania, a drudzy o kontynuację.

Komentarze w mediach zmonopolizowali teraz specjaliści od prawa wyborczego i konstytucji.

A losy najpotężniejszego narodu, i tym samym losy świata, wisiały na włosku.

Wielu amerykańskich zwolenników Bidena i sympatyków za granicą obawiało się przegranej i przestało oglądać telewizję.

 

W następnym tygodniu gdy rozejrzałem się przezornie po polu bitwy sytuacja znacznie się poprawiła.

Według mediów mainstreamowych, łącznie z pro republikańskim Fox News, Joe Biden przekroczył już magiczną barierę 270 głosów, bo uzyskał 279 głosów (wciąż tylko 214 głosów dla Trumpa).

A więc zdobył strategicznie kluczową Pensylwanię i również Nevadę, a wcześniej Wisconsin i Michigan.

Zapowiada się że w całym państwie Biden prowadzi mając niemal 75 mln głosów do 71 mln dla Trumpa.

Jest to największa ilość głosujących w historii USA.

Joe Biden, już jako prezydent-elekt, przemówił w swoim małym miasteczku Wilmington „urbi et orbi”, informując Amerykanów, jak i cały świat, że przyjmuje przekazany mu mandat, że będzie szukał wszędzie zgody i współpracy bilateralnej z opozycją aby pogodzić i uspokoić naród i że zabierze się w pierwszej kolejności do systematycznego planu pokonania Covidu.

 

Przy jego boku wystąpiła pierwsza w historii kobieta wiceprezydent elekt, prawniczka Kamala Harris, córka hinduskiego profesora i jamajskiej nauczycielki.

Biden uzyskał już gratulacyjne przesłania od większości liderów demokratycznego świata, jak Kanady, Wielkiej Brytanii, Izraela, Niemiec, Francji, Japonii czy Indii.

Ale wcześniejsi autokratyczni współpracownicy Trumpa jak Putin, Bolsonaro, Orban, Erdogan, król saudyjski czy Kim Dżong Un nie pokwapili się z gratulacjami.

Prezydent Chin też milczał.

Najwyższy przywódca Iranu, Ali Chamenei, potępił obydwu kandydatów jako symbol upadku skorumpowanej Ameryki.

A pośrodku wsunął się nasz prezydent Andrzej Duda, który przysłał gratulacje, ale tylko „za udaną kampanię wyborczą”.

Państwowe media państw autorytarnych wykpiwały stan paraliżu w wyborach amerykańskich powtarzając za wspólnikami Trumpa, że nastąpiły poznaki masowej defraudacji w liczeniu głosów.

Tym szyderczym opisom wtórowała też Kurskiego TVP, cytująca propagandowe organy rosyjskie i skwapliwie tylko podająca dotychczasowe wyniki jako prowizoryczne.

 

Co prawda Trump nie poddaje się, zapowiada wciąż wprowadzenie pozwań przeciw wynikom przed ośmioma sądami stanowymi.

Oscyluje między Białym Domem a polem golfowym na Florydzie.

Rzeczywiście duża część elektoratu nie przyjmuje jeszcze wyników wyborów.

„Biden to nie mój prezydent,” powtarza wiele napotkanych republikańskich demonstrantów.

Wierzą w zupełnie inny schemat informacji zgoła nie podobny do rzeczywistości.

Odrzucają uporczywie wszystko co masowe media głoszą, słuchając wciąż głosu osaczonego prezydenta.

Nie jest wykluczone że prezydent wytrzyma tak aż do spotkania Kolegium Elektorów 16 grudnia, bo ich orzeczenie powinno być ostateczne.

Będzie liczył na skuteczne wyniki odwoływań sądowych, a ostatecznie skargę do Sądu Najwyższego gdzie ma przewagę.

 

I nie można odrzucić możliwości że ten stan niepewności może wymagać ponownego liczenia głosów w pewnych stanach.

W stanie Georgia to już ma miejsce.

Ta nieufność do wypowiedzi mediów jest głęboko zakorzeniona.

Jest wykorzystana, ale nie stworzona, przez Donalda Trumpa, i wynika z głębokiego przeświadczenia zdemoralizowanych mas że, przy obecnych nierównościach społecznych, elity finansowe okradły ludzi prostych z pieniędzy, a elity intelektualne z wolności wyrażania swoich poglądów.

Wiadomo że przy tak dużej różnicy głosów między kandydatami ewentualne ponowne przeliczenie nie zmieniłoby wyniku.

Świat demokratyczny, większość elektoratu amerykańskiego, a nawet ważni Republikanie jak były prezydent George Bush, przyjmują wyniki wyborów.

Prezydent elekt Biden przygotowuje się do objęcia prezydentury 20 stycznia.

Wyznacza swój team i szykuje swoje plany na przyszłość.

Prawdopodobnie będzie musiał współpracować z Senatem zdominowanym przez wrogą mu większość Republikanów która przez ostatnie cztery lata identyfikowała się z chaotyczną polityką jego poprzednika i zawetowała impeachment prezydenta.

Dlatego będzie musiał zrezygnować ze swoich bardziej radykalnych przyrzeczeń wyborczych.

 

Bidenowi będzie zależało na pokonaniu wpierw wirusa który dotychczas uśmiercił przeszło 270 tys. mieszkańców i zakaża 100 tys. mieszkańców dziennie.

Chce udostępnić wszystkim obywatelom darmowe testowanie i wymagać powszechnego noszenia masek publicznie.

Planuje przeprowadzić ambitny pakiet projektów do stymulacji przemysłu i usług zamrożonych przez lokalne lockdown.

Niestety te plany będzie musiał przygotować z prywatnych źródeł finansowych bo szef urzędu od administracji przejściowej nie uznał jeszcze jego zwycięstwa.

W polityce zagranicznej chce przywrócić członkostwo Międzynarodowej Organizacji Zdrowia, przyłączyć się znów do paryskiej umowy w walce ze zmianami klimatycznymi, zatwierdzić stabilność NATO, powrócić do współpracy z Unią Europejską i ponownie przejąć amerykańską tradycyjną rolę czempiona swobód obywatelskich w wolnym świecie.

Mimo obecnego tymczasowego chaosu w Stanach Zjednoczonych wyraźnie wyłania się nowy porządek.

Zarówno rząd brytyjski, borykający się w daremnym konflikcie z Unią Europejską, i rząd polski, zachłystujący się swoim radykalnym antyliberalnym programem, będą musieli się dostosować do nowej rzeczywistości bez Trumpa która nie będzie sprzyjać ich obecnym zamiarom.

Wiktor Moszczyński - felieton ukazał się również w londyńskim Tygodniu Polskim 

Komentarze (0)

Dodanie komentarza oznacza akceptację regulaminu. Treści wulgarne, obraźliwe, naruszające regulamin będą usuwane.

Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu WielkaBrytaniaOnline.co.uk , który jest administratorem twoich danych osobowych dla celów związanych z korzystaniem z serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania.

Pozostałe